Zobaczyłem ”Whiplasha” i się zakochałem. Teraz świat zakochuje się w nowym dziele Damiena Chazella ”La La Land” – i dobrze, bo w tym filmie wszystko gra.

Zaczyna się spektakularną, bollywoodzką w skali, sceną tańca sfrustrowanych kierowców na autostradzie prowadzącej do Los Angeles. Jak oni to zrobili? – zastanawiam się od wczoraj. Ta scena to jest organizacyjny, choreograficzny majstersztyk.

Dalej jest równie pięknie, choć pięknie inaczej – bardziej jazz niż pop, bardziej noc niż słoneczny dzień. ”La La Land” opowiada o marzycielach – Mia (Emma Stone) marzy o karierze aktorki, Seb (Ryan Gosling) chce otworzyć własny jazzowy klub i zamiast znane numery do kotleta, serwować prawdziwą muzyczną ucztę.

Marzycielom wydaje się na początku, że wszystkie drzwi stoją otworem. W tych pięknych planach, pięknych kolorach i pięknych dźwiękach jest coś nie halo – nikt nie dzwoni z propozycją pomocy w realizowaniu marzeń. Niby Los Angeles to Fabryka Snów, ale chyba jeszcze bardziej wyrzeczeń, cierpliwości, harówki, kompromisów i bardzo często – pozbywania się złudzeń. To wszystko jest w tym pogodnym musicalu, często bajkowym, ale nie oderwanym od rzeczywistości.

Nawet jakbym bardzo chciał, to nie mam się tutaj do czego przyczepić – aktorzy grają koncertowo (łącznie z J.K.Simmonsem, czyli nauczycielem-terrorystą z ”Whiplasha,  John Legend tez jest na swoim dobrym miejscu), a motyw przewodni, czyli ”The City of Stars”  pięknie komponuje się z tematem filmu i klimatem Fabryki Snów.

Damien Chazelle zrobił dopiero 3 film, i to 3 w którym muzyka gra dużą rolę. Jego ”Whiplash” sprzed 2 lat, jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów, to najmniej dochodowy film w dziejach oscarowej rywalizacji. Teraz będzie inaczej – bo ”La La Land” sunie jak burza. I choć Chazelle zrobił film o marzycielach, którzy jakoś musza przetasować swoje plany, on nie musi – jak każdy filmowiec marzył o kręceniu zachwycajacych opowieści i na razie układa mu sie to jak z nut.