Przeczytałem ostatnio książkę. To bardzo głupia książka, ale też wielki hit. Autorka na każdej stronie szczyci się rewelacyjnym, rewolucyjnym odkryciem na to, jak zmienić swoje życie i tym samym jak pomóc zmienić życie 7 miliardów innych. Takie książki, które obiecują nowy, wspaniały prywatny świat, robią teraz zadziwiającą furorę.

 

Leżą w dziale ”rozwój osobisty”, choć równie dobrze mogłyby wylądować w ”fikcji” lub ”fantastyce”.  Im bardziej krzyczą o wywróceniu Twojego życia do góry nogami i łatwiutkim, szybciutkim obdarowaniu najbardziej pożądanymi zaletami, tym gorzej i płycej w środku. Autorka ”Magii Olewania” na 200 stronach swego dzieła wyjaśnia 2 zalediwe kroki składające się na jej gigantyczne odkrycie zatytułowane ”Zero Żalu”. Krok 1 – zastanów się, co Cię w życiu trapi, irytuje, przeszkadza. Krok 2 – przestań się tym przejmować! Doskonała, zmieniająca wszystko metoda ma same pozytywne strony i tylko jeden minus – nie działa.

 

Naczytałem się mnóstwa podobnie mądrych książek i po prawie każdej czułem się głupszy. W większości przypadków, w dobie obsesji samorozwoju, przekraczania siebie i wychodzenia ze stref komfortu, takie tytuły mają wielkie branie. Obiecują, że nauczą Cię jak być kowalem swego losu, wiecznie uśmiechniętym ekstrawertykiem, nawet jeśli twoja natura leży po drugiej stronie, wyposażą Cię w kreatywność, zrobią z Ciebie perfekcyjną panią domu i samca alfa, mistrza sprzedaży i króla świata. Wystarczy, że chcesz, wystarczy ta jedna, jedyna w swoim rodzaju lektura, jakaś tam wizualizacja i sukces murowany.  Doskonały świat wymaga doskonałych lektur o doskonałości, szczęściu i szczytach możliwości. W przeważającej większości to strata czasu, nerwów, pieniędzy, papieru i pokładanych nadziei.

 

Już gdzieś w połowie ”Magii Olewania” postanowiłem, że to, co oleję najbardziej to tego typu poradniki. Koniec z tym, nigdy więcej. Ale przecież im bardziej z czegoś chcesz zrezygnować, tym silniejsze to się staje – każdy poradnik Ci to powie. I wtedy przypomniałem sobie o książkach jednego takiego gościa, prawdziwego guru – zdaniem innych, mistyka, który rozkoszuje się wszystkim i niczym – zdaniem samego siebie. Książkach, które aż tak nie oszukują i które cały ten samorozwój traktują z przymrużeniem oka. Bez kategoryczności, bez gwarancji sukcesu, bez obietnic – ot, rozważania o życiu i całej reszcie. To Anthony De Mello.

 

Tytuły jego książek mogą zniechęcić na starcie, bo brzmią dokładnie tak jak tytuły książek z przepisem na sukces w 5 minut. ”Odkryć życie na nowo”, ”Wezwanie do miłości”, ”Minuta mądrości” – mogłyby być lepsze, inne. De Mello jednak nie kombinował, przekazywał proste, czasem wręcz banalne, acz zapomniane, prawdy, choć muszę przyznać, że udało mu się też najpowszechniejsze banały wywrócić do góry nogami i nadać im nowy sens. Ale do rzeczy.

 

Ludzi na całym świecie najbardziej unieszczęśliwia poszukiwanie szczęścia. Presja stworzenia wiecznego El Dorado jako najważniejszy cel życia, sprawia, że takie życie staje się nie do zniesienia. Silimy się by coś zdobyć/osiągnąć/mieć, a jeśli się uda, bo często sie akurat udaje, to nie odczuwamy euforii zbyt długo. Pojawia się za to lęk by tego nie stracić, połączony z kombinowaniem i ze zdwajaniem wysiłków by utrzymać to coś/kogoś w naszym posiadaniu, ochota na jeszcze więcej, częściej, lepiej i bardziej, wieczna złość i czujność, bo wszyscy i wszystko to przecież potencjalne zagrożenie, poczucie wyższości do spółki z poczuciem osamotnienia, a w efekcie tego wszystkiego – zero wolności i życie podporządkowane tej jednej obsesji. To może być ktoś lub coś – osoba, pasja, limuzyna i czerwony dywan, święty spokój.

 

Ludzie, zdaniem De Mello nie tyle żyją tracąc życie, co żyją mając poczucie, że ich to życie wlecze. Nic dziwnego – nieustanne myśli o zwycięstwie pozbawiają energii, a jedyną obecnie znaną formą szczęścia jest chwilowe wytchnienie od negatywnych uczuć. Do tego autor twierdzi, że zostaliśmy zaprogramowani – przez innych, ale i przez samych siebie również – do tego, by się wiecznie martwić. Być przygnębionym i niezadowolonym jest w porządku,no bo jak tu się cieszyć i być zadowolonym tak po prostu, kiedy nie wszystko jest super extra, kiedy nie wszystko idzie tak jak sobie to zaplanowaliśmy. Nie wypada. Wypada za to odczuwać dyskomfort i zaharowywać się do utraty sił, żeby na cień radości zasłużyć. O bezwarunkowym szczęściu czy zadowoleniu nie ma mowy. A szkoda.

 

Właśnie dlatego dobre samopoczucie jest, w naszych błędnych złudzeniach, zależne od  zewnętrznych czynników. Tylko po spełnieniu pewnych warunków, najczęściej wygórowanych i kategorycznych, można w ogóle marzyć o satysfakcji. Jednak zaprogramowane złudzenia nie są rozwiązaniem problemów (choć tak się wydaje), są to bowiem same nowe problemy nie do rozwiązania.

 

Wydaje się dziwne, jeśli nie szokujące, ale to co dla wielu brzmi jak definicja szczęścia, dlaAnthony’ego De Mello jest barierą. Któż nie marzy o spotkaniu drugiej połówki, bratniej duszy, ukochanej osoby czy przyjaciela na dobre i na złe? Wszak to najważniejszy cel życia człowieka i obywatela, potrzeba pierwszej potrzeby. De Mello ma tutaj jedno ”ale” – jeśli się kogoś lub czegoś potrzebuje koniecznie, to nie można tego kochać/lubić normalnie – nie widzi się tej osoby czy nawet rzeczy, a jedynie to, co można dzięki niej dostać, osiągnąć, jakie skarby dla siebie samego można przy tym zdobyć i jakim mistrzem świata można się stać. Takie narkotyczne podbudowywanie ego, w pakiecie z poczuciem aprobaty i wsparcia, kończy się tym, że ten ktoś lub to coś zdobywa w naszym życiu władzę absolutną, kontroluje każdy ruch, wprowadza lęk przed utratą i zachłanność.

 

To jedno z oszustw jakie wielu sobie serwuje – że ktoś lub coś z zewnątrz może zapewnić stan stałego szczęścia, trwałej radości, bezpieczeństwa, że sprawi, że od tej chwili życie będzie doskonałe, łatwe i przyjemne. Z innej bajki – podobny wątek pojawił się w wywiadzie Piotra Najsztuba z Anją Rubik w ”Wysokich Obcasach Extra”. Najsztub stwierdził, że są ludzie, którzy urodzili się nie jako połówki jabłka i nie musza szukać drugiej połówki, jeśli nie chcą; Rubik stwierdziła, że lepiej porzucić mrzonkę, że od teraz pojawia się jakieś wielkie MY, lepiej jak jest JA i TY razem ale też osobno, dwa światy.

Żeby nie było – Anthony De Mello nie jest przeciwko jakimkolwiek relacjom, milościom, przyjaźniom, czy nawet kupowaniu i posiadaniu rzeczy. Mówi tak

Nie być na łasce żadnego wydarzenia, osoby, niczego to nie znaczy nie kochać i nie cieszyć się życiem. To znaczy tylko nie być na łasce żadnego wydarzenia, osoby, niczego. Tylko to.

 

Tymczasem żyjemy sobie niby spokojnie, radośnie i dostatnio, zwłaszcza w doborowym towarzystwie, ale gdzieś tam towarzyszy nam jeden lęk. Patrzymy na ukochane osoby, te drugie połówki, przyjaciół, ulubione sytuacje i rzeczy i jest miło i sympatycznie, ale w tym samym momencie coś nam szepcze, że bez tej osoby, bez tej rzeczy będzie nam na świecie cholernie źle, będzie nie do wytrzymania i na pewno nie damy rady. Boimy się, że przyjdzie taki dzień, że tak się właśnie stanie i zaczną się mroczne czasy. Taki strach, ten podskórny lęk, to złudzenie, to przyzwyczajenie sprawia, że w sumie nie potrafimy cieszyć się tą chwilą, tą osobą, a bez tej radości czujemy, że życie nas wlecze.