”Może nie potrafię śpiewać, ale nikt nie może powiedzieć, że nie śpiewałam” – tak bezczelnie, ale przynajmniej szczerze, opowiada o sobie tytułowa bohaterka. ”Boska Florence” to przede wszystkim opowieść o spełnianiu marzeń, często wbrew regułom, wbrew wszystkiemu i wszystkim.

Florence Foster Jenkins ma łatkę najgorszej śpiewaczki wszechświata i wszech czasów. Sama o tym nie wie, bo każdy dookoła, głodny jej przychylności, karmi ją komplementami. Że brzmi cudnie, że szybko robi wokalne postępy, że da radę podbić najsłynniejszą salę koncertową Ameryki. Ona wierzy w te pochwały bez cienia wątpliwości – wszak dotyczą tego, o czym marzy od dawien dawna. Uskrzydlona fałszywymi pochlebstwami trafia na deski Carnegie Hall. Tak spełnia się jej sen, tak zaczyna się jej koszmar.

”Nie ma nic bardziej żałosnego od niespełnionych marzeń” – to słowa Mikołaja Gogola. Film Stephena Frearsa rzuca pytanie, czy aby jeszcze bardziej żałosne, wyśmiewane przez innych, nie są marzenia źle ulokowane. Takie jak te głównej bohaterki, zagranej koncertowo przez Meryl Streep. Perfekcyjnie, mistrzowskie kreacje Hugh Granta i znanego z ”Teorii Wielkiego Podrywu” Simona Helberga (posypią się nagrody za tę rolę, coś tak czuję) to dwa kolejne głosy w dyskusji o marzeniach. Pierwszy z nich rezygnuje, z drugiego rezygnują one same.

Nie jest jednak aż tak źle, jakby się mogło wydawać. Florence Foster Jenkins co prawda nie weszła do muzycznej ligi mistrzów, nie było nawet takiej opcji, ale ludzie uwielbiali ją z innych powodów. Niestety, sama na czas tego nie zrozumiała. Nie zmodyfikowała swoich źle ulokowanych marzeń i nie podeszła do sprawy z dystansem.