Jest miło, jest fajnie, czasem nawet fajniej niż fajnie. I wtedy przychodzi taki dzień jak dziś – dzień, w którym kończy się bilet miesięczny i trzeba pokombinować, by kupić nowy. Wiadomo – zdarzają się w miesiącu większe wydatki, zdarzają się też bardziej nieplanowane. Zawsze jednak jakoś o tej karcie miejskiej zapominam, no i jest problem. Nie ma płaczu, nie ma tragedii, ale pojawia się wtedy myśl, by rzucić w cholerę całą tę zabawę w dorosłe życie.

Bohater oscarowej kreskówki z Brazylii ”Chłopiec i świat” (”O Menino e o Mundo”) może po swojej podróży dojść do podobnych wniosków. Maluchowi jak to maluchowi – niewiele do szczęścia potrzeba. Są kochający rodzice, są figle, jest radość. Jednak w domu się nie przelewa i tata musi wyjechać. Maluch rusza w jego poszukiwaniu, nie wiedząc jak i dokąd biec. Rykoszetem odkrywa dorosły świat – znacznie mniej kolorowy, znacznie bardziej poukładany, znacznie nudniejszy, gorszy niż ten który znał w swoim brazylijskim Bullerbyn. Chłopiec widzi dorosły kraj pełną gębą – ten, kto się potrafi postawić, jako tako da sobie radę, ten kto tego nie potrafi – wylatuje na bruk.

Na wszelki wypadek, jakby ktoś sobie pomyślał, że to tylko bajka, twórcy wplatają materiały z realu. A chłopiec tylko tęskni za tym, by było jak dawniej – mniej, ale bardziej. ”Chłopiec i świat” to kreskówka w języku portugalskim, ale to żaden problem. Po pierwsze, w animacji pada może 5 zdań, a po drugie – nawet Brazylijczycy nie wiedzą, co dokładnie te zdania znaczą, bo to portugalski puszczony od tyłu. Film przegrał oscarową rywalizację o tytuł ”Najlepszego animowanego filmu roku”, ale i zwycięzca (”W głowie się nie mieści”) i przegrany to dwie doskonałe propozycje, dla tych co mają dzieci i dla tych, co są dzieciakami.