Od Argentyny po Chiny, z Islandii do Izraela – 170 filmów, które prezentują świat, jakiego na co dzień nie znamy i sprawy, które znamy doskonale, ale pokazane w nowym świetle.

DZIEŃ 10

Widzowie zadecydowali. A widzowie na Warszawskim Festiwalu Filmowym zawsze podejmują świetne decyzje. W poprzednich latach w plebiscycie publiczności wygrywały m.in. ”Pokój”, ”Walc z Baszirem”, ”Mandarynki”, ”Jabłka Adama”, ”Kumple”, ”Elling” czy filmy Wojciecha Smarzowskiego ”Roża” i ”Dom Zły”. Same trafne wybory. W tym roku jest identycznie. Ulubiony film fabularny widzów to ”Nazywam się Cukinia”, a ulubiony dokument to ”Tancerz”. Widziałem i potwierdzam – warto dodać do swoich ulubionych.

”Nazywam się Cukinia”

Animacja poklatkowa ze Szwajcarii, przebój tegorocznego festiwalu w Cannes  – tyle z oficjalnego opisu. Piękna wizualnie bajka o dzieciakach z domu dziecka i ich bardzo dorosłych problemach. Ikar, a właściwie Cukinia, bo tak go zwała mama, bawi się pustymi puszkami po piwie i marzy by kiedyś spotkać swojego tatusia-superbohatera z jego snów. Ale zdarza się tragedia i Cukinia trafia do domu dziecka. A tam mnóstwo patologicznych przeszłości, historie dzieciaków z nieszczęsnymi początkami. Jednak bajka, mimo smutnego startu życiowego bohaterów, smutna nie jest. Wręcz przeciwnie – skrzy się humorem, nadzieją i przygodami.

”Tancerz”

Pamiętacie teledysk Davida La Chapelle’a do ”Take Me to Church”? To taneczny popis Sergei’a Polunina, a choreografia miała pokazywać jego buntownicze życie, i tym samym miała być zwieńczeniem kariery złotego dzieciaka. Dokument ”Dancer” pokazuje dzieciństwo w Chersoniu na Ukrainie, młode, imprezowe lata w Londynie i dalsze losy na najważniejszych scenach świata. Ale to nie tylko obraz kariery i pasji, to także dzieło o poświęceniach, wątpliwościach i problemach jakie wiążą się właśnie z karierą i pasją i chęcią lub potrzebą by być najlepszym.

DZIEŃ 9

”Faceci z jajami”

Pomysł na film – doskonały! Twórcy wzięli na warsztat 200 hiszpańskich filmów i tylko z ich fragmentów ułożyli obraz faceta i jego przemian na przestrzeni wielu lat, od 1940 roku.  Jednak na doskonałym pomyśle kończą się zalety tego filmu. Zamiast pokazania tego jak zmieniał się wizerunek hiszpańskiego macho, dostajemy serię mniej lub bardziej, ale częściej mniej, zabawnych scenek.

”Malaria”

Oto zwycięzca Konkursu Międzynarodowego, Warsaw Grand Prix. Doceniono formę – spora część filmu kręcona jest telefonem, ale i treść – dramat kobiet w Iranie, która prowadzi do dramatycznych rozwiązań. Fabuła wygląda tak – młoda dziewczyna ucieka ze swoim chłopakiem do Teheranu, a w ślad za nią rusza jej ojciec. Dziewczyna na swej drodze napotyka ludzką życzliwość i nieludzkie irańskie zasady. Film tętni energią, bo to obraz o krótkich chwilach radości wśród zakazów i kontroli.

DZIEŃ 8

”Dobry dzień, żeby umrzeć”

Żeby być fotografem na wojnie, dobrym fotografem na wojnie, trzeba mieć coś ze świrusa. Jason Howe ma. Zaczynał od zdjęć przyrody, ładnych, kojących widoków. Potem znalazł się w centrum wojny domowej w Kolumbii, jednego z najniebezpieczniejszych miejsc świata. Tam udało mu się zrobić milion dobrych zdjęć i jedno zdjęcie życia. Zanim jednak uchwycił spojrzenie konającego mężczyzny, w ułamku sekundy stworzył swoja filozofię. Wojna to nie tylko amunicja, front i żołnierze, to też, a może przede wszystkim, ludzie, zwykli ludzie, którym wojna rujnuje normalne życie. W Afganistanie, Iraku, Libanie, wszędzie. Jason Howe był tam wszędzie. Teraz jest zupełnie gdzie indziej. Dlaczego? O tym właśnie jest dokument o zabójczej pasji i charakterze świrusa.

”W zamrożeniu”

Dokument, choć z dalekiej Islandii, jest bardzo swojski. Przy rozładowywaniu mrożonych ryb w porcie w Reykjaviku pracuje bowiem mnóstwo naszych. Właściwie ekipa to tylko Polacy i Islandczycy, pół na pół. Wydaje się, że przed nimi wielkie wyzwanie – w kilka godzin, w mroźnych okolicznościach przyrody, mają rozładować 20 tysięcy ciężkich pudeł. To jednak nie wyzwanie, tylko dzień jak co dzień.

DZIEŃ 7

”W środku wulkanu”

Zaczyna się źle – drużyna Islandii nie jedzie na mistrzostwa w Brazylii. Jest płacz, jest dramat. Z tego dramatu rodzą się niestworzone rzeczy. Po przegranym meczu z Chorwacją piłkarska ekipa nie wie co robić i z tej niewiedzy postanawia dać z siebie wszystko w drodze na kolejne mistrzostwa, czyli na Euro 2016 we Francji. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy. Mimo wiadomego zakończenia film ogląda się z zapartym tchem.

”W środku wulkanu” to opowieść o wierze w sukces. Udowodnili to po pierwsze sami filmowcy, którzy już 2 lata wcześniej, pełni nadziei albo i nawet pewności, zaczęli kręcić swoje dzieło. Tak jakby dobrze wiedzieli, że ich bohaterowie będą największym fenomenem tego roku. To też opowieść, prawdziwa bajka o wzlotach i upadkach, bo takie też się po drodze zdarzały, cierpliwości i pracowitości, czy zmaganiach ze zwyczajną codziennością, ale przede wszystkim o przyjaźni , która więcej tutaj robi dobrego niż ambicje i żądze sportowych sukcesów.

 

DZIEŃ 6

”Serce z kamienia”

O miłości nakręcono już wiele filmów – w sumie, jakby się dobrze przyjrzeć, to niemal każdy film w jakiś sposób opowiada o potrzebie miłości. ”Serce z kamienia” także, ale inaczej. To miłość niemożliwa, to miłość, która jakkolwiek by się nie starać, się nie zdarzy.

Mała rybacka wioska na rubieżach Islandii, mały bar-speluna, ryby i piękne, surowe krajobrazy. To tutaj żyją sobie chłopaki Thor i Cristian i dziewczyna Beth. Cristian nie widzi świata poza Thorem, ale Thor, jego wieczny kompan, nie jest takim uczuciem zainteresowany. Tym bardziej, że na radarze pojawia się Beth. Piękna opowieść, smutna bajka, która rzuca nowe światło na temat gorących uczuć i zimnej reakcji.

”Teatr życia”

Bezdomni i najbardziej renomowana swego czasu restauracja- Noma w Kopenhadze. Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odległych światów. Dokument ”Teatr życia” pokazuje jednak, że te dwa światy mogą się zbliżyć. Wystarczy pomysł i dobre chęci. Na taki pomysł wpadł   szef kuchni Massimo Bottura, który złapał za telefon i wykręcił taki numer, że do projektu dołączyli najlepsi, najbardziej znani kucharze globu. Wśród nich szef Nomy – Rene Redzepi. Mistrzowie kuchni stworzyli Refetorio Ambrosiano – stołówkę dla ludzi, którym życie nie serwuje smacznych kąsków, dla bezdomnych, dla ubogich, dla uchodźców.

Menu z kolei komponowane jest ze składników wyrzucanych po wystawie Expo w Mediolanie, wciąż dobrych i wiecznie marnotrawionych. Film opisywany jest jako ”dokument o życiu, jedzeniu i marnotrawstwie”, ale to zbyt krótki slogan. ”Teatr życia” jest bowiem również filmem o pasji, ludzkich odruchach i o tym, by daleko od domu poczuć się nie jako niechciany gość. Tak jak w towarzyszącej filmowi piosence Boba Dylana – nagrodzonego właśnie literackim Noblem 2016: ”jak to jest domu nie mieć, wiecznie tułać się po świecie, całkowicie pomijanym, jak toczący się kamień”

DZIEŃ 5

Na początek – banał. Festiwal jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi. Tak to jest, gdy w repertuarze pełno filmów, które dopiero co miały swoją światową premierę. Trzeba zdać się na intuicję. I ta czasem robi dobrą robotę.

‘’Kraina Małych Ludzi’’

Mocny. Mocniejszy od ”Placu  Zabaw’’, w trakcie którego widzowie wychodzili z kina. Z tego dzieła Yaniva Bermana, reżysera z Izraela i Tony’ego Copti, producenta z Palestyny, widzowie też uciekali, ale rzadziej. Może to kwestia przyzwyczajenia i zaakceptowania, że na Bliskim Wschodzie okrucieństwo jest stale obecnym elementem, może to kwestia tego, że Bliski Wschód jest daleko.

A może dlatego, że film jest pięknie napisaną i zrealizowaną opowieścią o brzydkiej naturze świata. ‘’Mrożąca krew w żyłach polityczna bajka dla dorosłych’’ – tak, bardzo trafnie, określił go ‘’Hollywood Reporter’’. Kraina małych ludzi to plac zabaw dla czwórki dzieciaków, które tworzą swój gang i swoje zasady. Tatusiowie wyjechali na front, mamusie nasłuchują relacji z prawdziwej wojny w radiu i telewizji. A tuż obok, na terenie byłego obozu wojskowego, rozgrywa się mała wojna, brutalna i bezwzględna tak jak ta większa, znana. Dzieciaki, najpierw po to, by się zabawić, później po to by zwyciężyć, zaczynają udawać dorosłych i stosować okrutne, dorosłe metody walki.

Jeżeli o sile jakiegoś filmu stanowi odwaga twórców do podejmowania wrażliwych tematów, to ‘’Kraina Małych Ludzi’’ jest filmowym arcydziełem, z trzymającą w napięciu od samego początku do samego końca, bez pauz, fabułą. Aktualną i szokującą jak powieść ‘’Władca Much’’ , za którą William Golding otrzymał literackiego Nobla 50 lat temu. Izraelsko-palestyński film nie jest jej adaptacją, ale nawiązaniem, wersją w innych okolicznościach przyrody i polityki.

‘’Lucia we fragmentach’’

O ile ‘’Kraina małych ludzi’’ za tło ma dużą wojnę – wojnę między narodami, to ‘’Lucia we fragmentach’’ skupia się na mniejszych konfliktach – z jednej strony wojnach domowych, z drugiej – wojnie wewnętrznej, we własnej głowie. Bohaterką chilijskiego filmu jest Lucia, która walczy z chorobą afektywną dwubiegunową, a w tym samym czasie z rodzinną przeszłością. Chce spotkać się matką, której nigdy nie widziała, a od której dostała właśnie list. Rusza do Santiago by poznać prawdę, a na swojej drodze, tak jak w swojej chorobie, spotyka się z życzliwością i brutalnością, w jednej chwili z przyjaciółmi, w drugiej z nieznanymi wrogami. Reżyserowi udało się połączyć jej wewnętrzną walkę ze zdarzeniami z zewnątrz.

 

DZIEŃ 4

”Dziennik weselnego fotografa”

Byłem kiedyś na izraelskim weselu. I to kilka razy. Zresztą był na nim każdy, kto zmierzał na targ po warzywa i owoce, bo wesele rozgrywało się na ulicy. Wybierając się na ”Dziennik weselnego fotografa” spodziewałem się podobnego klimatu, znanego zresztą z wesel w każdym zakątku świata. Jakieś skandale, jakieś rzeczy, które wydarzyć się na takiej uroczystości nie powinny. Izraelski film nie rozgrywa się jednak na weselu, ale w trakcie sesji ślubnych. Nie znaczy to, że skandali i niewyobrażalnych rzeczy nie ma – fotograf uwodzi pannę młodą, która staje się jego żoną, jest morderstwo, jest gniew. Jak na tak krótki (40 minut) film, zaskakująco wiele tu refleksji na temat związków i małżeństwa. I spora dawka humoru. Bohater ma na koncie jakieś 700 wesel, ale pierwsze pamięta najbardziej. Nie za bardzo wiedział jak obchodzić się z kamerą, wydawało mu się, że czerwona lampka oznacza koniec fotografowania. Dlatego to co się miało nagrać, się nie nagrało, a nagrała się cała reszta – głównie podłoga i sufit. Po latach w swoim fachu fotograf stwierdził, że ten pierwszy, nieudany materiał, to według niego najlepszy obraz wesela.

”Stare, dobre czasy”

Nie chcę o tym rozmawiać 😉

 

DZIEŃ 3

”Księżycowe kundle”

Za oknem szaro, nudno, gburowato i mży i właśnie w takie dni filmy takie jak ten docenia się jeszcze bardziej. Nie żeby podróż po Szkocji to była wyprawa w tropiki, ale jeśli to podróż po Szkocji pełna humoru, absurdalnych dialogów i dziwnych perypetii to już jest małe, filmowe l dorado. Pierwszy film Philipa Johna, który wcześniej stworzył seriale ”Outlander” i ”Downtown Abbey”, to niby nic takiego, a jednak. Przyrodni bracia wyruszają w trasę do Glasgow, każdy w swoim celu – Thor chce spotkać swoją mamę, Michael chce zobaczyć czy jego dziewczyna wciąż jest jego dziewczyną. Po drodze spotykają Caitlyn i w jednej niemal chwili się w niej zakochują. Jest tu dużo humoru i zwyczajnych niezwyczajnych rozmów o związkach i życiu, ale i tak największą zaletą jest trójka głównych bohaterów. Muzycznie też niczego sobie. Takie filmy zazwyczaj wygrywają uznanie publiczności na Warszawskim Festiwalu Filmowym.

”Ciemność”

Horror meksykańskiego reżysera i montażysty Daniela Castro Zimbrona nie jest zwykłym horrorem. Miłośnikom gatunku przypadnie do gustu, jak najbardziej, ale spodoba się także tym, którzy za horrorami nie przepadają. Jest klimat, bez dwóch zdań. Całość rozgrywa się w chatce, w większości w piwnicy, w przerażającym lesie. Tam ojciec rodu ukrywa swoje dzieci, niby chroniąc je przed czająca się w okolicach bestią. Bestii nikt nie widział, ale jednak znowu daje się we znaki, bo pewnego dnia znika Marcos, najstarszy syn. Ładnie dopieszczone wizualnie dzieło, sam ten mroczny las już sprawia, że jest się czego bać.

 

DZIEŃ 2

”X 500”

Jak to mówią – do obejrzenia. 3 bohaterów, 3 różne miasta dwóch Ameryk, 3 różne historie. Najciekawiej wypada nowela o dziewczynie z Filipin, która musi poradzić sobie po drugiej stronie Oceanu – w Kanadzie. Tutaj mamy zderzenie dwóch kultur i usilne starania, często wbrew regułom, o to by zasłużyć na minimalną dawkę akceptacji. Dwie kolejne opowieści, z Meksyku i Kolumbii, mimo kilku mocniejszych elementów, na tym tle wypadają gorzej. Jednak całość ma sprawiać wrażenie, że bez względu na szerokość geograficzną i wszystko inne, każdy zmaga się, choć w różny sposób, z tym samym – walczy o godność na co dzień.

”Wspomnienie lata”

Kolejny film, który rozgrywa się w wakacje i kolejny, który pokazuje, że szkoła życia zaczyna się wtedy kiedy kończy się szkoła. Skakanie do wody, ogrywanie mamę w szachy i ściganie się na rowerze z pociągami to rozkład wakacyjnego dnia 12-letniego Piotrka. Ale kiedy znika słońce, znika też mama, coraz częściej i coraz bardziej, a wraz z nią znika beztroski czas. Pięknie zagrane i pięknie nakręcone. I trzyma w napięciu, bo wiadomo, że scena od której ”Wspomnienie lata”  się zaczyna, będzie mieć ciąg dalszy.

DZIEŃ 1

Na początek dwa filmy, dwa różne filmy, ale z jednym mianownikiem, który nadaje klimat. Zaczyna się lato – jedno w Polsce, drugie w Danii. Czas beztroski, małych przygód i wielkich wspomnień. Czy ktoś chodzi do szkoły czy już nie, na słowo ”wakacje” zawsze zareaguje pozytywnie. Ale…

 

”We Krwi”

Od razu uspokoję – nie poleje się tu krew. Duński film to opowieść o przyjaźni i wszelkich związanych z nią perturbacjach, ale jeszcze bardziej o tym czy wybrać przyjaźń czy dorosłość. Bardzo dyskretnie, bez łopatologii. Takie to już jest całe kino skandynawskie – bezpretensjonalny obraz zwykłej codzienności z niezwykłymi zdarzeniami. Kilka lat temu na Warszawskim Festiwalu Filmowym nagrodę publiczności zdobył film z Norwegii ”Kumple”, ”’We krwi” to takie ”Kumple” w czasach Instagrama. Pięknie opowiedziany i pięknie nakręcony – tak, że każdy kadr zdobyłby tysiące lajków. To mocny kandydat do zdobycia tegorocznej nagrody od widzów. Trzymam kciuki!

”Plac Zabaw”

W trakcie tego filmu wychodzili widzowie na festiwalu w Gdyni i wychodzili też w Warszawie. Nie dziwię się wcale. To mocne kino – najlepiej określiła to jedna pani po seanse: ”Miazga”. Gdyby nie fakt, że scenariusz rozegrał się naprawdę, reżyser i scenarzysta powinni się leczyć. Ale się rozegrał, a filmowcy są między innymi po to by otwierać oczy. O dzieciakach mamy na ogół fenomenalne wyobrażenie – co najmniej aniołki. Przy tworzeniu tej brutalnej, bardzo brutalnej, nie ma co tego ukrywać,  opowieści uczestniczyli znawcy ich diabelskiego oblicza – psychologowie, biegli sądowi, nauczyciele. Reżyser oryginalną historię i tak ”wygładził”, drastyczny finał ukazany jest z oddali, a operator zastosował ruchy kamery jak z filmów dokumentalnych. Po to by pokazać, że takie rzeczy to nie science-fiction. Filmy jak ten, walące mocno po głowie, powstawać niestety powinny. Żeby właśnie otworzyć oczy. Bo szkoła podstawowa to świadectwa z paskiem, matematyka i środowisko, ale prawdziwa wyższa szkoła życia rozgrywa się na przerwach i po lekcjach.