To baśń, która boli na każdej niemal stronie. Dziwnym trafem ta monumentalna powieść, pełna cierpienia i niewygodnych prawd zachwyca cały świat. Dręczy, przeraża, opisuje straszne, życie – małe, ale jednak cudowne. I zostawia czytelnika z banalnym, ale chyba zapomnianym, przekonaniem, że we wrogim świecie i nieprzyjacielskich czasach, jest jedna piękna, najpiękniejsza sprawa.

 

Poznajcie się. Oto JB, artysta. Malcolm, architekt. Willem, malarz. Oraz Jude, prawnik z niezwykłym matematycznym umysłem. Właśnie skończyli college i stawiają razem swoje pierwsze kroki w dorosłym życiu w stolicy świata, w Nowym Jorku. Wszystkie drzwi stoją przed nimi otworem. Jeszcze mieszkają po studencku, w tanich, wynajmowanych mieszkaniach lub u rodziców. Jeszcze na dobre nie wystartowali ze swoimi karierami, a na sukcesy w życiu prywatnym i zawodowym muszą sobie dopiero zapracować. Tymczasem są imprezy, spotkania, azjatycki bar, pogawędki i marzenia o czymś wielkim, czymś co na pewno czai się za rogiem.

Na samym początku wydaje się, że przez kolejne 800 stron będziemy śledzić ich zwyczajne perypetie – taka papierowa wersja 240 odcinków ”Przyjaciół”. Nic z tych rzeczy. Niezwykłe książki albo traktują o niezwykłych rzeczach albo o zwykłych właśnie, ale w niezwykły sposób. Książka Hanyi Yanagihary robi i to i to.

 

Chłopaki niby z sąsiedztwa

Autorka przedstawia swoich bohaterów nienachalnie. Nie ujawnia wszystkich szczegółów, ujawnia tylko to, co ważne, a właściwie to, co bohaterowie sami chcieliby ujawnić, gdyby istnieli naprawdę. I mamy wrażenie, że istnieją, że doskonale ich znamy, że znamy – do pewnego stopnia i do pewnego momentu – problemy z jakimi się zmagają, pragnienia, rozterki, takie właśnie życie. Uwierzcie mi na słowo, nie znamy.

Wiem, że to fikcja, ale tak prawdziwa i tak nierzeczywista, że… No dobra, przyznam się. Nie zdarza mi się płakać na wymyślonych opowieściach (oprócz na ”E.T.”, ale to było dawno temu, a poza tym kto nie płakał?). Tutaj się zdarzyło. Nie pamiętam, kiedy czytałem o losach bohatera, któremu tak mocno bym kibicował i o losy którego tak bardzo bym się bał.

 

Hey, Jude!

Tym bohaterem, większym niż małe życie jest Jude. Poznajemy go w momencie, o jakim marzył od urodzenia – na progu dorosłości.

Nie pamiętał jak to jest być dzieckiem, pamiętał tylko nieszczęście, lęk albo nieobecność lęku i nieszczęścia, przy czym ten drugi stan był wszystkim czego pragnął (fragment książki)

 

A tam, przesadza, niech się ogarnie i tyle – można pomyśleć w pierwszej chwili.  Retrospekcje, kolejna gorsza od poprzedniej, udowadniają, że nie ma w tym przesady żadnej, a wziąć się w garść po czymś takim nie da rady nikt. Upragniona dorosłość i próby zapomnienia o życiu, które tak bardzo chciał raz na zawsze zostawić, zawodzą. Dalej musi przekonywać innych, i przede wszystkim siebie samego, że jest normalny, musi kombinować ”jak istnieć jako oryginał w świecie, który oryginałów nie toleruje”, musi siebie naprawiać i codziennie, co krok walczyć. Godne podziwu i fascynujące jest to, że mimo ”lęku przed wszystkimi i nienawiści do siebie” Jude pozostaje optymistą.

 

Bez reguł, bez przymusu

Można traktować ”Małe życie” jako powieść o niewyobrażalnej traumie, studium zła, głos o dorosłości, rodzinie, szczęściu lub braku szczęścia, sztuce,  ambicjach, sukcesach, samotności, sztuce, pięknie i pewnie 99 innych ważnych sprawach. Dla mnie jednak to książka o przyjaźni, tak po prostu.

Książek o tym było całe mnóstwo, w sumie – niemal każda jest właśnie o tym. Ta jest inna, bo i przyjaźń tutaj jest nietypowa. Jak pisał Leszek Kołakowski w ”Mini-wykładach o maxi-sprawach”: ”Przyjaźń nie potrzebuje reguł, ani warunków”. Tak być powinno, ale często jest na odwrót. Co wypada, a co nie, co można, a czego nie wolno – chłopaki z ”Małego życia”, zazwyczaj nie tracą czasu i energii na tego typu dylematy. Wiedzą kiedy trzeba działać i odpalić przyjacielskie uczucia, a kiedy się wycofać i zachować dystans.

Częsty przypadek to ci, co boją się mieć przyjaciół, bo boją się, że przyjaźnić się z kimś to brać na siebie ciężar jakiś, że przyjaciel musi domagać się od nas świadczeń, my zaś mamy za wiele obowiązków wobec samych siebie. (…) obawiają się, że zmuszałaby ich ona do otwierania się drugiemu człowiekowi bardziej niżby chcieli, że przyjaciel będzie nadmiernej otwartości się domagał (Leszek Kołakowski ”Mini-wykłady o maxi-sprawach”)

 

Zawód: Przyjaciel

Hanya Yanagihara stworzyła obraz najprostszej, bo nieudawanej i najlepszej, bo normalnej przyjaźni. Takie o jakiej marzy chyba każdy. Bez  wygórowanych oczekiwań, bez przymusu, że druga osoba musi wiedzieć wszystko, z miejscem na oddech i możliwością popełniania błędów.

On nie potrzebuje, żebyś go podziwiał; on chce, żebyś go widział takim jakim jest. Chce żebyś go zapewnił, że jego życie, choć tak niepojęte, jest jednak życiem  (fragment książki)

 

To przyjaźń dla samej przyjaźni. Podobno najdojrzalsza opiera się na wsparciu, kiedy trzeba, i na wyznawaniu tych samych wartości. Dla Jude’a i Willema najwyżej w systemie stoi właśnie przyjaźń, chęć bycia blisko bez względu na wszystko. Willem żyje z udawania, jest aktorem, ale po godzinach, kiedy schodzi z planu jest wzorem uczciwości, tolerancji, zwykłej przyzwoitości. Takiego przyjaciela życzę wszystkim swoim przyjaciołom.

”Przyjaźnie dawały mu przyjemność i nikomu nie wyrządzały krzywdy, więc kogo to obchodzi czy jest to uzależnienie czy nie? A poza tym czy przyjaźń to większe uzależnienie niż związek z kobietą? Dlaczego wydaje się godna podziwu, kiedy ma się 27 lat, a budzi zgorszenie u 37-latka? Dlaczego przyjaźni nie traktuje się na równi ze związkiem? A może jest lepsza? Dwoje ludzi pozostaje razem przez lata, a wiążą ich nie seks, nie atrakcyjność fizyczna, nie pieniądze, nie dzieci, nie własność, lecz wzajemna zgoda na bycie razem (…) oznacza bycie świadkiem dręczących nieszczęść przyjaciela, długich okresów nudy i rzadkich triumfów. To przywilej bycia przy drugiej osobie w jej najtrudniejszych chwilach i świadomość, że samemu też można się przy niej czuć podle”. (fragment książki)

 

Happy end?

Przyjaźń-relacja Willema i Jude’a nie jest łatwa i przyjemna non-stop, czasem sprawia fizyczny ból. Nie jest to przyjaźń z ”Przyjaciół”, gdzie były co prawda problemy, były rozwiązania i zawsze był happy end. Hanya Yanagihara nadała książce taki tytuł jaki nadała, bo ma świadomość, że istnieje coś większego, lepszego, jakieś duże, niedostępne, życie. Tak jak to ujął kiedyś Oscar Wilde – ”Prawdziwe życie to takie, którego się nie prowadzi”.

Czy w ”Małym życiu” jest happy end, zbliżenie się choćby o krok do większego, wspanialszego życia? Tego nie zdradzę, ale jest taki fragment, gdzieś w środku, który, potwierdzony na 813 stronach książki, robi więcej niż wszystkie szczęśliwe zakończenia:

Ja wiem, że moje życie ma sens, ponieważ…. – urwał wyraźnie zawstydzony i przez moment milczał, zanim podjął wątek – … ponieważ jestem dobrym przyjacielem