Nazywa się David Foster Wallace, ale najczęściej wołają za nim geniusz czy tam mistrz. A że ta fascynacja  literackiego świata trwa już 20 lat, to jakoś głupio tego zachwytu nie podzielać.

Tym bardziej, że gdziekolwiek nazwisko Wallace’a by się nie pojawiło, to tuż za nim ustawia się  slogan ”jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy”. Krytycy wpadli w bezkrytyczne uwielbienie , koledzy po fachu – trochę w rozpacz, bardziej w zazdrość, że nie piszą tak jak on. Niby próbują naśladować, kombinują, by skorzystać z jego tricków, uczą się obserwować świat tak jak on, ale wiadomo jak to się zawsze kończy – o nim mówią wszyscy,a o nich –  nikt.

Epidemia zachwytu/zawiści/udręki, która ma nawet swą fachowa nazwę ,,Wallacitis”, wybuchła po premierze książki ”Infinite Jest”, a ma to jakieś 1100 stron i dopiero czeka na polskie tłumaczenie. Jeden z wyznawców Wallace’a tak powiedział po lekturze – ”Książka, po którą sięgnąłem by być mądrym, sprawiła, że czułem się beznadziejnie głupi”.

Człowiek-kujon

I chyba tu tkwi problem. David Foster Wallace to prymus, bez dwóch zdań. Ulubieniec nauczycieli, wychowawców, pana od wuefu i wszystkich, którzy mają 5-tki i 6-tki z literatury. Jak ma napisać rozprawkę o świecie przesiąkniętym badaniami marketingowymi – to zawsze wybierze perfekcyjną, najtrafniejszą formę. Obojętne czy ty miałeś 5 czy 6, czy od prymusów dzieliła cię cienka, czerwona linia to wiesz na bank, że tacy ludzie raczej nie cieszą się uwielbieniem ogółu, z różnych powodów. Bo  onieśmielają, zadzierają nosa albo, a może przede wszystkim, po prostu nudzą.

Przeczytałem, z fascynacją jednym rozdziałem i irytacją drugim, ze znużeniem i uzależnieniem, wszystkie jego przetłumaczone książk: ”Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi”, ”Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię” i ”Niepamięć” . Niby tylko trzy, ale ma on rozmach, więc to 1300 stron. Jestem w kropce – sam nie wiem czy go uwielbiam, podziwiam, toleruję ani czy w ogóle będę się z nim bawił, jak przyniesie tą swoją powieść życia. Nie wiem.

Mistrz przypisów

To, co wiem to to, że nie jest to mistrz skrótów i prostoty, ze swoimi spostrzeżeniami nie wyrobiłby się w normalnej objętości książki, więc często akcja rozgrywa się w przypisach i przypisach do przypisów. Lubi sobie pogadać.

Lubi też poszpanować erudycją, a ma czym. Nie są to książki, które możesz sobie z przyjemnością czytać na plaży czy w tramwaju. Myślałem, że jeśli chodzi o znajomość nawet tych trudniejszych słów,  to nie ma może czym się wielce chwalić, ale wstydzić tym bardziej. Cóż za filisterstwo0! 😉 Wallace’a czytałem na dwa ekrany – jeden to Wallace, drugi to słownik wyrazów obcych. Wybaczcie – nie znałem wcześniej takich słów jak, analgezja, inteksykacja, frenetycznie czy ektomorficzny.

W książkach Davida Fostera Wallace wyrazów, którymi nie posługujemy się od poniedziałku do piątku jest całe multum. Dodatkowo polskie tłumaczenie idzie w ten deseń, choć miejscami, mogłoby odejść (chodzi mi o słowa typu ,,żurnalista”, ,,dzierżąc (kubek), ,,meandrujący (wywiad”). Inna sprawa jest taka, że pisane były w innych czasach – bez smartfonów, facebooków, Spotify i innych dobrodziejstw. Ma to tutaj duże znaczenie – inaczej, gorzej, czyta się go w domu, gdzie mieszka wszystko co może oderwać od lektury, inaczej, dużo, dużo lepiej – w trybie offline. Słownik wyrazów obcych, uwaga i absolutne skupienie – to się przyda bardzo.

Najlepszy, ale…

Można uwielbiać Wallace’a za lingwistyczną moc, fenomenalne dialogi, za błyskotliwe obserwacje, za mistrzostwo w dostosowywaniu formy do treści. Najlepiej radzi sobie literacko wtedy, kiedy zabiera się za to, z czym sobie nie radził w życiu. Opowiadanie ,,Osoba w depresji”, prezentowanie poszczególnych stron katalogu nerwic, fantazji i paranoi to jest Wallace najlepszy. Na tym się znał, bo to, co przerabiał w życiu, przerabiał na literaturę. I w opowiadaniach, na te tematy –  takie mam wrażenie – zachowywał jakąś tam pokorę, z nich bije szczerość i dystans.

W innych, jakby chciał usilnie zastosować słowa samego siebie – ”Zła literatura to ta, w której nie można znaleźć żadnej postaci bez freudowskiej traumy w dającej się przewidzieć przeszłości”. Wtedy opowiadania i eseje literackiego prymusa raczej serc dzieciaków w klasie  i milionów czytelników nie podbiją, ale nauczycieli, krytyków i kolegów po fachu – jak najbardziej.