Główni aktorzy filmu Jana P.Matuszyńskiego

Średnio raz na rok zdarza się film, który wzbudza zachwyty na świecie i którego wyczekuje pół Polski. Tuż przed premierą rozkwita nadzieja, że oto mamy dzieło doskonałe pod każdym względem. ‘’Ostatnia Rodzina’’ takim filmem jednak nie jest.

Nie ma co ukrywać, dlatego o tym od razu, że w wielu kategoriach to majstersztyk. Kawał dobrej roboty wykonał Jan P.Matuszyński, 32-letni twórca, który w świecie fabuły debiutuje. Do tej pory, od 10 lat, z sukcesami,  zajmował się głównie  filmami dokumentalnymi. Przydało się to bardzo przy skrupulatnej pracy z obfitym materiałem do ‘’Ostatniej Rodziny’’. Lata spędzone nad setkami  dokumentów i godzinami nagrań z repertuaru Zdzisława Beksińskiego – efekt budzi respekt. Tak samo wszystkie techniczne elementy – zdjęcia, scenografia, kostiumy.  Majstersztyki, bez dwóch zdań.

Nie inaczej mają się sprawy z obsadą. Aktorów i aktorek tu niewiele, ale ci, którzy są, są -najskromniej określając – doskonali.  Rewelacyjny jak zawsze Dawid Ogrodnik, rewelacyjna jak nigdy (a to dlatego, że to jej pierwsza tak duża rola na dużym ekranie)  Aleksandra Konieczna i mniej rewelacyjny, ale nie na tyle mniej by się bardzo czepiać, Andrzej Seweryn – cała trójka sprawia, że jeszcze bardziej wierzy się, że tak to leciało naprawdę. Wiele jest w ‘’Ostatniej Rodzinie’’ elementów budzących zachwyt. Ale mam jedno  ”ale”.

Kiedy wracałem z pracy, do autobusu weszła jedna taka pani. Z komórą przy uchu i książką pod pachą. ”Mówię Ci, tak mnie zdenerwowała ta pi$%# dzisiaj, no we łbie się poprzewracało. No, no, no dokładnie! Suka i tyle. No nieważne… Misiek, a co zjemy na kolacje? Dobra, to wejdę do Biedronki. Zrób ziemniaki’’ – tak mniej więcej toczyła się  pogawędka. Zdenerwowana pani upolowała miejsce i wyciągnęła książkę – ‘’Beksińscy. Portret Podwójny’’. Z jednego świata, między jednym a drugim przystankiem, przeniosła się w drugi. Zwyczajny, z utrapieniami i codziennymi dylematami. Jak to ktoś określił, nawet Van Gogh czasem musi zrobić pranie.

Przypomniałem to sobie, kilka godzin później, kiedy wracałem z ”Ostatniej Rodziny”. Pełno w tym filmie normalnego życia – gdyby nie wiszące w mieszkaniu obrazy i wizyty marszanda Piotra Dmochowskiego, można by uznać, że to rzecz o najnormalniejszym z mieszkańców domów z betonu. Tak miało zapewne w zamyśle być – stąd też tytuł. Jednak czegoś zabrakło. Zabrakło tego, że mimo codziennych spraw, wyrzucania śmieci i podróżowania windą, to codzienne, normalne życie należy do światowej sławy artysty, jego ekscentrycznego syna Tomka, autora kultowych tłumaczeń i jeszcze bardziej kultowych radiowych audycji, jak magnez przyciągających słuchaczy-fanów. Tragiczne losy Beksińskich, też wielokrotnie przypominane przy okazji filmu, znają wszyscy. Scenariusz w dużej mierze, nie wykracza poza to, co dobrze znane, nie zadaje pytań i nie stawia odpowiedzi.

Jest jednak w historii coś co zrobiło na mnie wielkie wrażenie. To postać matki – Zofii Beksińskiej. Zmaga się z tętniakiem aorty, zmaga się po cichu z depresją, toczy batalię z problemami i dziwactwami syna, zajmuje się swoją matką i teściową. Zazwyczaj cierpliwie, stanowczo kiedy trzeba. Sceny z jej udziałem są najbardziej przejmujące w całym filmie. To ona jest niezbędnym tłem dramatycznych, małych zdarzeń z codzienności dwóch wielkich osobowości. Dzięki niej zwyczajne losy nieszablonowych ludzi wydają się bardziej ludzkie, a sam film tym czym miał być w zamiarze – portretem rodziny z tradycyjnym podziałem ról, takiej jakich już nie ma, portretem ostatniej rodziny.

Pełnej miłości, pełnej szaleństw. W filmowej historii jest mnóstwo miłości, w scenariuszu zabrakło szaleństwa. Pani, która zahaczyła po drodze z pracy o Biedronkę, może na ekranie zobaczyć coś, co z dobrze zna. I może jej się nie spodobać, jeśli w kinie liczy na coś więcej niż samo życie.