Wyjaśniam od razu – tutaj kończą się na wojnach w Iraku i Afganistanie. W efekcie dostajemy kawał solidnej, komediowo-sensacyjnej rozrywki. W sam raz na wakacyjny czas.

Film ”Rekiny wojny” równie dobrze mógłby się nazywać ”Rekiny Biznesu”. Bo wojna funkcjonuje tutaj jako rynek zbytu, atrakcyjny i wiecznie w potrzebie. Na samym początku dowiadujemy się, że amerykański żołnierz nosi na sobie 17.500 dolarów, a że liczba żołnierzy idzie w miliony to wojenny biznes idzie w miliardy, setki miliardów.

Jakby nie liczyć – opłaca się. Do takiego wniosku dochodzą bohaterowie – dwóch kumpli z liceum, którzy spotkali się po latach. Jeden dołącza do drugiego w wojennym biznesie i razem zaczynają dostarczać amunicję, granaty i pistolety na front.

W pewnych elementach to opowieść w stylu ”Wilka z Wall Street”. Tym bardziej, że też oparta na faktach. David i Efraim, żądni życia na bogato, wykorzystują prawną lukę i tym samym swoją szansę na zdobycie wielkiej fortuny.

”Rekiny Wojny” to film Todda Phillipsa, tego samego, który zrobił wszystkie części ”Kac Vegas”. Jest zbyt zabawnie i przygodowo, by jego nowe dzieło było poważnym głosem w dyskusji o tym, że na wojnie, tam gdzie setki tysięcy ludzi tracą wszystko, kilku zyskuje nowe, wytworne życie. To bardziej film o ambicjach, których nigdy nie da się w pełni zaspokoić i przyjaźni, która też ma swoje granice.

W tym, że ”Rekiny Wojny” są tak udanym filmem, spora zasługa dwójki głównych aktorów. Jonah Hill i Miles Teller stworzyli po prostu doskonały ekranowy duet. Jest też jeden dodatkowy smaczek. Scenariusz podzielony jest na rozdziały, a tytuł każdego z nich to tekst, który wkrótce padnie na ekranie. Komedia Phillipsa sama w sobie jest świetną rozrywką, ale z takim właśnie rozwiązaniem jest rozrywką jeszcze lepszą. Intryguje i zmusza do zastanawiania się kto powie takie zdanie i w jakich okolicznościach.