Zdarzają się grzeczniejsze, bardziej wysmakowane i poprawniejsze politycznie kreskówki. W sumie to niemal każda jest grzeczniejsza, pokorniejsza i bardziej wyrafinowana niż ”Sausage Party”. I w tym tkwi siła hardcorowej animacji Setha Rogena i spółki.

Gdyby chciał zrobić bajkę dla grzecznych dzieci i świętych dorosłych, nie wybrałby na bohatera Franka – parówki napalonej na bułkę do hot-dogów, ale także buntownika i bojownika o lepszą przyszłość wszystkich innych produktów spożywczych. Rzecz się dzieje na półkach w supermarkecie, a każdy towar marzy o tym, by znaleźć się w rękach bogów – konsumentów. Bogaty asortyment w sklepie pozwolił na mnóstwo krótkich, celnych komentarzy do dzisiejszego zróżnicowanego i podzielonego świata.

Najciekawiej i najśmieszniej wypada wątek o sytuacji na Bliskim Wschodzie reprezentowany przez bajgla z Izraela i arabski lawasz. Twórcy wrzucają do swojego koszyka masę innych palących kwestii z różnych działów – uchodźcy, rozbuchany konsumpcjonizm, kryzys przywództwa czy nadwaga w społeczeństwie. Jednak ”Sausage Party” ma być przede wszystkim rozrywką. Mocną, przegiętą, bez świętości.

Zużyta, wymamłana, sparaliżowana guma do żucia na wózku inwalidzkim ma być żartem ze  Stephena Hawkinga. Niemieckie produkty jako naziści mają za zadanie ”eksterminację soków”, w polskiej wersji – ”koncentratów”. Są pijane tequile z Meksyku, żel do higieny intymnej jako czarny charakter, brzydkie wyrazy w niemal każdym zdaniu i erotyczne przygody, z wielką orgią z udziałem warzyw i owoców. Kapitalnie przedstawia się stylizowana na kino wojenne scena masakry na podłodze w supermarkecie. Trzeba też przyznać, że twórcy nie oszczędzili chyba nikogo i każdemu dostało się po równo. Najbardziej jednak tym, którzy najbardziej na świecie uwielbiają kupować, gromadzić, mieć.