Mariusz Szczygieł

To było równo 20 lat temu – wtedy zaczęła się telewizyjna kariera Mariusza Szczygła. W 1996 bez doświadczenia na małym ekranie, zaczął prowadzić pierwszy talk-show w naszym pięknym kraju. Kiedy zapytał, co ma robić, by dobrze ”Na każdy temat” poprowadzić i by sprawdzić się w telewizji, usłyszał: ”Trzeba regularnie myć włosy”. W programie się sprawdził, bo nie bał się żadnych tematów, często łamał tabu, nie wahał się przed zapraszaniem kontrowersyjnych, dziwnych gości. Sam zadecydował o tym, by odejść z telewizji, bo przestało mu to odpowiadać.

Ktoś nawet napisał, że jako pierwszy w historii telewizji wypowiedziałem słowo orgazm. Ta era się skończyła. (…) Wydaje mi się, że jest wielu bardziej utalentowanych ode mnie, którzy nadają się do zagrania skeczu na temat snów erotycznych. (”Gazeta Telewizyjna”)

 

Odszedł z telewizji, ale nie zniknął. Spotkałem się z nim przy okazji premiery jego książki ”Zrób sobie raj”. Zaproponował kawę, ja na to zdziwiony: ”Nie no, to taki krótki strzał, 15 sekund i lecę”. I co? I pan Mariusz tak się rozgadał, a ja tak się zasłuchałem, że rozmowa trwała z jakieś 2 godziny.

Czytam ostatni numer ”Dużego Formatu” – i podobna historia z przypadkowym rozmówcą.

Nie odezwałem się, bo marzę o tym, by być facetem małomównym, mrukiem wręcz, co dodaje przecież męskości. Wytrzymałem w tej roli minutę.

– O, nie ma pani kataru – powiedziałem.

– Nie mam kataru, ja płakałam – odparła tak naturalnie i tak subtelnie, że natychmiast wzbudziło to we mnie czułość.

– Mogę coś z tym zrobić? – spytałem.

– Nic odparła – Zupełnie nic. Strasznie boję się latać, to silniejsze ode mnie. Pierwszy raz lecę tak długo i tak daleko, nie wiem jak wytrzymam.

– Czy jest pani wierząca?

– Bardzo!

– No to nie ma pani prawa się bać. Bać się może tylko niewierzący.  Bo, proszę pani, nawet jak spadniemy…

– … niech pan tego nawet nie wypowiada!

– Ale przecież jeśli za kilka godzin spadniemy, to już za kilka godzin będzie pani u Pana Boga. A o to chodzi, prawda? Nie rozumiem, jak wierzący mogą bać się śmierci, przecież ona otwiera życie wieczne, na które każdy czeka. Im krócej tu, tym dłużej tam. Ateista może się bać, bo nie ma nic poza życiem tutaj, a pani ma tu i ta, czyli wszystko!

– No rzeczywiście, to taka hipokryzja wśród wierzących bać się śmierci

– No to nie bójmy się razem. – powiedziałem, a współpasażerka złapała mnie za przegub.

 

I takich właśnie kontaktowych swojaków Wam życzę.