Swojak 2016

No i już na samym starcie mam problem. Jest około 1000 powodów, dla których Marcin Meller to wśród Swojaków kapitan. Chcąc nie chcąc, polecę konkretami.

Trzeba mieć ten cudowny dar, jakim jest dystans, żeby przyznać się do tego, do czego w przeintelektualizowanym świecie przyznawać się nie wypada. W książce ”O Czytaniu” Marcin Meller prosto z mostu rzuca, że nie czytał Prousta, nie ma na koncie przeczytanego ”Ulissesa”, jak ktoś rozmawiał o ”Czarodziejskiej Górze” to robił mądrą minę. Wszak o wiele lepiej przeczytać coś, co sprawia frajdę, niż coś, co kiedyś ktoś uznał za kanon. Nie kieruje się zasadą, że trzeba robić to, co robią inni. Bach, oto właśnie pierwszy dowód.

Trzeba mieć ten cudowny dar, jakim jest dystans, by z rozmowy o tym, że Polacy się nie myją uczynić socjologiczny traktat o współczesnej Polsce. Który z szacownych, szanowanych dziennikarzy zająłby się takim tematem? To jedna z niewielu osób, które walczą o to, o co tak naprawdę wszystkim, bez względu na poglądy, chodzi – o dobre życie w dobrym kraju. To stwierdzenie pełne patosu i banału, wiem. Tak się jakoś składa, że w telewizyjnych dyskusjach, w dogryzaniu sobie tylko po to, by sobie dogryźć i udowodnić swoją rację, o tym banale się zapomina. Marcin Meller, czy to w ”Playboyu”, czy to w ”Drugim Śniadaniu Mistrzów” czy w książce o Gruzji, pokazuje, że jest kulturalnym wojownikiem o słuszne, proste sprawy. Bach, drugi dowód.

Ale i jemu się dostaje – i to z każdej strony. Wiadomo, hejt nie ma politycznej orientacji.

Bardzo wygodnie jest funkcjonować w określonym pakiecie poglądów. Tu my, tam oni, pozamiatane. Ja nie potrafię, więc pewnie jeszcze parę razy usłyszę: ”Marcin, co ty p****?”

To z książki blogera Konrada Kruczkowskiego  ”Halo Człowiek. Rozmowy o tym, co ważne”. Sam Marcin Meller przedstawiony jest tam tak: ”Dla jednych jest uosobieniem zgniłego salonu, dla innych – ostatnim bastionem zdrowego rozsądku”. W moim mniemaniu, a jak się okazało przy zbieraniu opinii do tego rankingu, w mniemaniu wielu innych, to przede wszystkim najbardziej rockandrollowy gość w telewizji. I najmniej pretensjonalny.

To było kilka lat wstecz. Wychodzę z kina, spotykam w holu redakcyjną koleżankę Annę Dziewit Meller, żonę pana Marcina. ”Na czym byłeś?”, ”Aaa, na takim rosyjskim filmie mało znanym w sumie, ”Bikiniarze”. Podchodzi Marcin i się zaczyna: ”Ooo, byłeś na Bikiniarzach, widzieliśmy niedawno ten film. Mi się w nim najbardziej podobało…’ I tak przez kolejny kwadrans. Ja nie powiedziałem ani słowa, no bo wiecie, rozumiecie – taka gwiazda! Ale, ale można być gwiazdą telewizji, można być naczelnym ”Playboya” (to było w czasach kiedy Marcin Meller naczelnym ”Playboya” był), można mieć 94 tysiące fanów na Facebooku (tak jest teraz), a przy okazji, albo przede wszystkim być najnormalniejszym normalsem kraju. Bach, dowód trzeci, czwarty, piętnasty, tysięczny.