”Kamper” zaczyna się tym, czym wszystkie komedie romantyczne się kończą. Jest pięknie, najpiękniej i najlepiej, albo przynajmniej tak jak powinno być.  Długo to nie trwa, bo zwyczajne, niezwyczajne bajki XXI wieku skupiają się na losach właśnie po happy endzie.

Film Łukasza Grzegorzka to opowieść o tym, że zawsze czegoś nam brak. To historia o nas, o ludziach, którzy dobrze wiedzą, że im więcej oczekiwań, tym więcej jeszcze większych rozczarowań. ”Ale ty głuuuupi jesteś!” – taki tekst pada tutaj wiele razy.

Ona i on, czyli my

”Kamper” to mądry film o głupich konsekwencjach ludzi święcie przekonanych, że robią mądre, a przynajmniej niegłupie, rzeczy.  Pogubieni i żądni nowych wrażeń starają się znaleźć szczęście lub chociaż zadowolenie, gdzieś indziej, na moment być tam, gdzie ich jeszcze nie było.  Bo przecież nigdy nie jest aż tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. A jak się nie uda, to zawsze można powrócić do punktu wyjścia i jutro rano spróbować jeszcze raz.  Tylko że nie zawsze można powrócić do gry.

Na początku jest prosto – fajne, pełne śmiechów, przygód i rozmów życie pary 30-latków z Warszawy. Są śniadaneczka, ogóreczki, kanapeczki, miłość i radość non-stop, z każdej drobnostki. I jak to w super extra życiu bywa – coś kiedyś pójdzie nie tak.  Życie.

Ona, czyli Mania, gotuje, dobrze jej idzie i marzy, by z własnym gastonomicznym biznesem na kółkach ruszyć pełną parą i tym samym ruszyć z własnym życiem. On, czyli Kamper, testuje gry komputerowe i marzy o stworzeniu własnej, ale na marzeniach się kończy. Dobrze mu tak jak jest. Romans żony z piekielnym szefem kuchni da mu mocny argument i przestawi go na inne tory. W końcu ”kamper” to w wirtualnych strzelankach ktoś, kto tylko cicho czeka w ukryciu, aż przeciwnik zrobi ruch.  Dopiero kiedy wróg stanie u bram, zaczyna się coś dziać, ale często na oślep i bez planu.

Małe wojny

Siłą ”Kampera” nie jest pokazanie jakieś wyniszczającej wojny totalnej. Są przecież na świecie większe dramaty niż te rozgrywające się w filmie Łukasza Grzegorzka (jego pierwszym filmie, który nie tylko wyreżyserował i napisał, ale też wyprodukował i zajął się montażem).

Największym arsenałem są tu małe dramaty codzienności, ze świetnymi dialogami (mistrzowski komentarz Dariusza Szpakowskiego po jednym z wirtualnych pojedynków w ”FIFĘ”), i doskonale, bo zwyczajnie, pokazanych uczestników tych życiowych starć.  Jest lekko, kiedy trzeba, jest zabawnie, kiedy nadarza się okazja do śmiechu i dystansu i jest przede wszystkim bezpretensjonalnie. Uwielbiam takie filmy.